Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tam gdzie nikt nie che być. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tam gdzie nikt nie che być. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 maja 2014

Tam, gdzie nikt nie chce być. cz. 6

Ostatnia część mojego ulubionego opowiadania <3 Enjoy!
~Justme


Pustka. Samotność. Ciemność. Przytłaczające myśli. Chęć rzucenia wszystkiego w cholerę. Myśl o śmierci. Stare błędy. Tylko to miała w głowie. Przeszłość do niej powracała. Przygnębiała. Niszczyła. Chciała być sama. Już zawsze. Sama ze swoimi myślami. Nikt jej nie rozumiał. Odkąd trafiła tutaj marzy o zobaczeniu czegoś więcej niż ściany i klaty. Chciała zobaczyć świat. Ludzi. Tęskniła za tym. Bardzo.
Nagle w jej pokoju rozległo się pukanie. Minęła chwila, długa chwila, za nim otrzeźwiała. Wróciła do szarego i beznadziejnego świata.
- Proszę. - mruknęła otępiała gapiąc się na drzwi. W cierpliwości czekała, aż białe drzwi się otworzą, a wtedy zobaczy twarz gościa.
Najpierw weszła burza brązowych, niesfornych włosów. Później umięśnione ramiona, opięte kremowym podkoszulkiem, zwykle ukryte pod białym fartuchem. Następnie wąskie biodra, długie nogi, odziane w ciemne jeansy.
- Mogę?- niski głos odbił się od pustych ścian pokoju.
- Jeśli musisz. - mruknęła obojętnie i znów zaczęła się gapić w ścianę naprzeciw siebie.
Poczuła, że coś upadło obok niej na łóżku.
- Po co mi to? - mruknęła patrząc na złożone jeansy, białą bokserkę, skórzaną kurtkę i czarne vansy.
- Bo wychodzimy.- rzucił, opierając się o ścianę.- Obiecałem, prawda?
- A co? Megan nie chce? - prychnęła i poszła się przebrać.
- W jakim sensie?- zapytał.
- Normalnym.
- Nie chcesz iść?
- Tego nie powiedziałam.
- Więc w czym problem?- zapytał chłodno.- Jeśli chcesz, to nie rozumiem, czemu grymasisz.
- Przepraszam, że uraziłam twoją dumę. - mruknęła kierując się do wyjścia z budynku.
- Stój.- mruknął, zatrzymując się.
- Co? - zmarszczyła brwi.
- Po pierwsze, nie pędź tak, bo i tak nie wyjdziesz beze mnie.- mruknął.- Po drugie. Spędzam z tobą mój wolny, prywatny czas. Nie oczekuję, że będziesz mi z wdzięczności buty całować, ale możesz się nie zachowywać jak rozkapryszona królewna? Przynajmniej dzisiaj?
- Jestem ci wdzięczna. - warknęła. - Ale nie zamierzam skakać z radości, że wielki pan zrobił mi łaskę.
- Co nie zmienia faktu, że mogłabyś być milsza.- warknął.
- Chciałbyś taryfę ulgową? - mruknęła robiąc minę małej dziewczynki. - Wybacz. Nie mogę stosować wyjątków. Wszystkich traktuję równo.
- Cudownie.- uśmiechnął się, siadając na krześle pod ścianą.- Masz przepustkę na dzisiaj. Możesz wyjść tylko z opiekunem i musisz wrócić dzisiaj, przed 22. A mi się nie śpieszy...
- To pójdę po Megan. - wzruszyła ramionami. - Proponowała mi to wczoraj.
- Niby co takiego?- popatrzył na nią, z pobłażliwym uśmiechem.
- Nie ważne. - mruknęła. - Idziesz czy nie?
- Nie. Wygodnie mi tu.- wzruszył ramionami.
- Jasne. - mruknęła i się napięcie odwróciła kierując do pokoju.
Z lekkim uśmiechem patrzył, jak się oddala.
Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Szybko ją wytarła. Z rozmachem otworzyła drzwi do swojego pokoju. Nerwowo zaczęła chodzić po pomieszczeniu. Dopiero kiedy spojrzała na kraty zrozumiała, że on jest jej potrzebny. Do powrotu do normy. Wzięła kilka głębszych dźwięków, a następnie wróciła do lokowatego. Stanęła przed nim.
- Idziemy? - spytała spokojnie, uśmiechając się lekko.
- A będziesz śliczną, wesołą królewną, czy kapryśną królewną?- zapytał spokojnie.
- Tylko wesołą. Bez królewny.
Uśmiechnął się promiennie na jej odpowiedź. Przetarł ręce o kolana i wstał.
- Więc chodź.- skinął głową ku wyjściu.
Odetchnęła z ulgą i poszła za nim.
Kiedy tylko przekroczyli próg szpitala jej twarz otuliły ciepłe promienie słońca. Przymknęła oczy i mocno wciągnęła powietrze. Uśmiechnęła się czując zapach jesieni. Poczuła jak delikatny powiew wiatru otula jej skórę i rozwiewa włosy. Spojrzała na chłopaka i zgryzła dolną wargę.
- Dziękuję.
Uśmiechnął się lekko i skinął głową.
- Pozwolisz?- zaoferował swoje ramię, niczym brytyjski książę.
Bez wahania chwyciła go pod ramię i pozwoliła się prowadzić. Zeszli po schodach, oddalając się od szpitala. Krętymi uliczkami poprowadził ją do parku.Szli ciągle rozmawiając. Dziewczyna nie wyglądała na dziewczynę z problemami, a Harry na lekarza z psychiatryka. Wyglądali jak przyjaciele. Dobrze przyjaciele. A nawet para. Ciągle uśmiechnięci. Dobrze się rozumiejący. Tak jakby się długo znali. Bardzo długo. Nagle dziewczyna wyrwała się mu i pobiegła do przodu. Chłopak ruszył za nią. Bał się, że chce mu uciec. Mylił się. Biegła do fontanny. Zanurzyła opuszki palców i zaczęła przesuwać je po wodzie. Wzięła jej trochę na ręce, a następnie z powrotem wlała do fontanny. Kiedy chłopak stanął obok niej uśmiechnęła się szeroko i go ochlapała. Zaczęła się śmiać z wyrazu jego twarzy. Szczerze śmiać. Pierwszy raz od trafienia do psychiatryka.Uświadomił sobie, że ma anielski głos. Że nie tylko ma cudowne hipnotyzujące oczy. Teraz nie tylko one go przyprawiały o przyjemny dreszcz. O najszczerszy uśmiech. O roześmiane zielone oczy. O radość. Był... szczęśliwy... przy niej. Zaczął ją gonić po całym parku. Ich śmiechy było słychać w całym Londynie. Szczere śmiechy, które teraz usłyszeli wszyscy. Każdy wiedział, że jest po między nimi coś innego. Zupełnie inne uczucie. Inna chemia. Wyjątkowa. Niepowtarzalna. Dawno nie czuli prawdziwego szczęścia. Nigdy wcześniej nie czuli takiej miłości. Prawdziwej miłości. W pewnym momencie oboje wylądowali na ziemi. Ich usta złączył się. Delikatne wargi łączyły się w magicznych pocałunkach. Każdy był taki sam, ale oznaczał zupełnie coś innego. Miłość. Pożądanie. Lęk. Cierpienie. Chęć zatrzymania czasu, by ich pocałunek nigdy nie miał końca. Chcieli by ta chwila trwała wieczność. Cudowne uczucie, które było w stanie naprawić wszystko... Gdy odsunęli się od siebie, wiąż wpatrywali się sobie w oczy. Harry uniósł rękę, aby założyć jej pasmo blond włosów za ucho.
- Jesteś piękna, kiedy się tak uśmiechasz.- mruknął czule.
- Dziękuję. - zarumieniła się odwracając starając się ukryć czerwień.
- Nie odwracaj się.- zaśmiał się cicho.- W czerwonym też jesteś piękna.
- Choć, bo ktoś jeszcze nas zobaczy. - powiedziała nagle. - Nie powinieneś...
Wzruszył ramionami.
- Niby czego? Nikt mi nie zabroni. Dzisiaj jestem Harry, zwykły facet, a ty Olivia, śliczna dziewczyna.
- Ale to nie zmienia faktu, że jestem twoją pacjentką. - uśmiechnęła się niemrawo.
- Nie dzisiaj.- uśmiechnął się.
- Nie teraz? - szepnęła ledwo słyszalnie.
- Nie. Dzisiaj mój gabinet jest zamknięty.- zaśmiał się.
- Pokażesz mi coś jeszcze? - rozmarzyła się i zaczęła gładzić jego policzek.
- Co takiego?
- Masz ogród?
- Niestety nie...
- Kłamiesz. - zmarszczyła brwi.
- Nie mam ogrodu. Mieszkam w mieszkaniu na szóstym piętrze.- odparł.- Ale mam kwiaty na balkonie.
- Dlaczego?
- Co "dlaczego" ?
- Dlaczego tam mieszkasz? Stać cię na zwykły dom. Z pięknym ogrodem.
Parsknął cichym śmiechem.
- No właśnie nie do końca. Wypłata lekarza wale nie jest taka wysoka.
- Ale gdybyś miał dziewczynę to byś miał piękny ogród. - uśmiechnęła się lekko.
- Naprawdę tak myślisz?- zapytał, siadając. Blondynka zsunęła mu się przez to na kolana.
- Mhm. Normalna, która chodziła by do pracy. - mruknęła opierając swoje czoło o jego. Wplotła ręce w jego brązowe loczki. Zaczęła się nimi bawić.
- Nigdy nie łączyłem faktu bycia z kimś z pięknym ogrodem.- przyznał szczerze.
- Nie rozumiem.
Zaśmiał się.
- Zawsze myślałem, że moja dziewczyna będzie dbać o mnie, a nie o kwiaty.
Wybuchła szczerym śmiechem. Odchyliła głowę do tyłu. Chłopak nie rozumiał o co jej chodzi.
- Co jest?- zapytał, marszcząc brwi.
- Jesteś głupi. - śmiała się ujmując jego twarz w dłonie.
- A dlaczego?- zaśmiał się, kładąc ręce na jej dłoniach, gładząc ich wierzch kciukami.
- Nie chodzi tu tylko o kwiaty. Dzięki ogrodowi nie wariujesz. Cząstka natury zawsze jest z tobą. Możesz wyjść i zobaczyć piękno, które jest twoje. Już zawsze będzie należeć do ciebie, bo sam je stworzyłeś. - uśmiechnęła się lekko.
- Ahaaaa...- przytaknął jej, starając się nie wybuchnąć śmiechem.
- Śmieszy cię to?
- Odrobinę... Ale nie sama idea. Twoja mina kiedy o tym mówisz.- dotknął palcem wskazującym czubka jej nosa.
Przewróciła oczami.
- Mhm.
- Jakoś nigdy nie myślałem o własnym ogrodzie.- wzruszył ramionami.- Wolałem przychodzi tutaj...- rozejrzał się wokół po parku.
- Piękne miejsce. Pomaga zapomnieć o rzeczywistości.
- Mhm.- mruknął, wzdychając.- Obawiam się, że musimy wracać...
- Chcę być tutaj. Z tobą,. - jęknęła.
- Ja też... Z tobą, oczywiście.- zaśmiał się.- Ale teraz tak szczerze, żałujesz, że nie byłaś dzisiaj nafochaną księżniczką?
- Żałujesz, że oddychasz? - uśmiechnęła się cwanie.
- Niezmiernie mnie to cieszy.- delikatnym ruchem ponownie ją do siebie przycisnął, by ich usta połączyły się.
- Nie możesz! - usłyszeli głośny krzyk, a następnie blondynka została zepchnięta z chłopaka. - Nie możesz, rozumiesz?! On jest moim chłopakiem!
Ta tylko patrzyła na Megan, szybko mrugając.
- Zabiję cię! Zabiję! - krzyczała rzucając się na blondynkę,
W ostatniej chwili złapał ją Harry.
- Puść mnie! Zabiję ją! - krzyczała szarpiąc się.
- Megan! Do diabła, o ty tu... Robisz?!- warknął, szarpiąc się z nią.
- On jest mój rozumiesz?! Mój! - krzyczała do blondynki. - Obiecałaś!
- Uspokój się! Megan!
- Miałeś być mój... - zaczęła płakać. - Na zawsze.
Harry odepchnął ją stanowczo od blondynki, którą następnie zasłonił.
- Megan... - szepnęła niepewnie wychodząc zza chłopaka. Podeszła do niej i kucnęła obok. - Wszystko ok?
- To nie tak miało być. - rzuciła się na nią i zaczęła płakać jej w ramię. - To ja miałam być na twoim miejscu.
- Może... gdybyś była milsza... - zaczęła nie pewnie. - ... Nie wiem... Jestem pacjentką psychiatryku... Harry, powiedz coś...
- Może gdyby ci nie groziła, nie zachowywała się okrutnie wobec pacjentów i nie podchodziła do wszystkiego z obsesją...- westchnął.- Przepraszam Cię Megan, ale nigdy nie byłem tobą zainteresowany. To nie kwestia tego, że jesteś zła, czy coś, tylko po prostu... Po prostu nie jesteś w moim typie.
- Zniszczę was! - krzyknęła przeraźliwie głośno odpychając blondynkę. Szybko wstała i zniknęła im z oczu.
- Wszystko w porządku?- Harry kucnął obok Olivi.
- Tak. - zaśmiała się cicho wstając.
- Na prawdę musimy już wracać.- skrzywił się, łapiąc ją za rękę.
- Porwij mnie. - powiedziała robiąc minę psychopatki. - Na koniec świata.
Zaśmiał się głośno.
- Kiedyś na pewno.- pocałował ją w czoło.- Ale jeszcze nie dzisiaj. Chodź, Lola na pewno chętnie posłucha, jak spędziłaś dzień.
- Mówiłam poważnie, kapucu jeden. - mruknęła ruszając dumnie do przodu.
Szedł z nią krok w krok, gdy otuliła ich gęsta ciemność, rozpraszana jedynie przez latarnie uliczne.
- Ile byłe przede mną? - spytała bawiąc się żółtym liściem. Już prawie byli pod drzwiami jej pokoju.
- Hm?- mruknął, wyrwany z zamyślenia.
- Ile było przede mną? - powtórzyła wchodząc do pomieszczenia.
- Ile razy byłem w związku?- zapytał, wchodząc za nią.
- Dokładnie. - mruknęła wskazując by zamknął drzwi.
- Dwa.- odpowiedział, robiąc to, o mu kazała.- Miałem wcześniej dwie dziewczyny.
- Jakie były?
- Hmmm... Zwyczajne.- wzruszył ramionami.- Z pierwszą chodziłem, kiedy miałem trzynaście lat. Byliśmy razem... Chyba trzy miesiące. Albo cztery, coś koło tego.- wzruszył ramionami.- Taka dziecięca miłostka.
- A druga?
- Z drugą byłem w Liceum. Byliśmy razem rok, a potem stwierdziliśmy, że to nie to. Ona teraz... Jest już chyba mężatką. Jakiś czas temu spotkaliśmy się na ulicy i chwile rozmawialiśmy.- uśmiechnął się lekko.- Bardzo miła i pogodna dziewczyna.
- A ja? Dlaczego? Masz słabość do blondynek?
- Nie.- zaśmiał się.- Do pięknych oczu.
- To prawie to samo.
- Na dodatek jesteś inteligentna, tajemnicza i słodka.- uśmiechnął się kokieteryjnie.- A teraz, królewno, muszę lecieć na nocną zmianę. Czas przybrać kitel.
- Mogę iść z tobą?
- Nie. Możesz się umyć i iść spać. Przyniosę ci za chwilę kolację i będę czuwać, gdy będziesz spać.- pocałował ją w czoło.
- Dlaczego nie mogę? - udała nafochane dziecko.
- Bo jest już prawie cisza nocna. Większość pacjentów śpi.- mruknął.- Chyba że chcesz, żebym przysłał ci towarzystwo. Mam poszukać Loli albo Louisa?
- Nie. Zmęczonam. - mruknęła i położyła się spać.
- Śpij. Przynieść ci jedzenie?
- Nie. - mruknęła cicho.
- To widzimy się jutro, na śniadaniu.- uśmiechnął się na pożegnanie i ruszył ku drzwiom.- Śpij dobrze.
- A buzi? - zaśmiała się. - Bez tego nie zasnę.
Zaśmiał się cicho. Podszedł do niej i lekko pocałował. Odwzajemniła pocałunek. Cieszyła się, że jest z nią.
- Idź spać, skarbie. Widzimy się jutro rano.- pogłaskał ją po policzku.- Dziękuję, za dzisiejszy dzień.
- Dobranoc. - uśmiechnęła się i zasnęła.



Z samego rana Louis poszedł po śniadanie dla Loli. Kisiel w różowym kubku, woda i jogurt brzoskwiniowy. Z uśmiechem na twarzy poszedł do pokoju 1804. Delikatnie zapukał, a kiedy usłyszał ciche "proszę" wszedł do środka.
- Witaj Lol. Śniadanie do łóżka. - powiedział wesoło.
- Ygh. Nie chcę.- nakryła głowę kołdrą i odwróciła się do niego tyłkiem.
- Nie żartuj. Jedz. - powiedział poważnie
- Nie zamierzam.- burknęła w poduszkę.
- Wypruwam sobie flaki, żebyś nie zdechła z głodu, a ty masz to w dupie! - krzyknął. - Cały czas tylko wielkie fochy! A tego nie chce. A to tuczące. A to niedobre. Jestem brzydka. Może gdybyś zaczęła NORMALNIE jeść to byś tak nie wyglądała! Zrozum, że bez tego nie przeżyjesz! Wciąż będziesz udawać, że jesteś gruba! Nie dobrze ci, bo się tego nauczyłaś! Jesteś tu przez swój własny idiotyzm!
Odchyliła kołdrę i popatrzyła na niego z mieszaniną irytacji i lęku.
- Wyjdź stąd.
- Nie zamierzam. - przybrał jej wcześniejszy ton.
- Idź sobie.
- A wiesz co?! - ryknął i rzucił wszystkim o ścianę. - Możesz to sobie zlizać! Mniej kalorii!
- Wynoś się!- krzyknęła przez łzy, gwałtownie siadając.- Słyszysz?! Wypierdalaj!
- Zamknij się!
- Wynocha! Nienawidzę cię!- rzuciła w niego poduszką.
- Jesteś pustą idiotką! - krzyknął i złapał metalową szafkę. Jednym, bardzo mocnym szarpnięciem, oderwał ją od ściany i rzucił nią w stronę zabezpieczonego okna. Lola pisnęła przerażona, kuląc się na łóżku.
- Przestań!
- Oooo, nagle zmieniłaś ton, hę?- zaśmiał się szyderczo, podchodząc do szafy. Pchnął ją. Potem drugi raz. Rzucił się na nią, przechylają ją siłą swojego ciężaru. Mebel runął na ziemię i wysypały się z niego jej rzeczy. Słychać było trzask tłuczonego szkła.
- CO TY ROBISZ?!- wrzasnęła, wyskakując z łóżka. Przy okazji, przez przypadek nacisnęła przycisk wzywający lekarzy.
- Robię z twoim pokojem to, co ty robisz z sobą!- krzyknął i rzucił o przeciwległą ścianę trzymanym w rękach porcelanowym misiem.
- Lou…- zaczęła się do niego zbliżać. Brutalnie złapał ją za nadgarstki i mocno odepchnął w stronę ściany. Uderzyła głową w twardą powierzchnię, aż zadźwięczały jej zęby.
Szatyn zerwał z jej łóżka pościel i podarł poduszki.
Wtedy, do pokoju wbiegł Harry, wraz z dwoma ochroniarzami i pielęgniarką. Gdy Tomlinson ich zobaczył, wpadł w większy szał, niż chwilę temu. Zaczął skrobać paznokciami o ścianę i drzeć się, jakby ktoś łamał mu wszystkie kości. W jego stronę ruszyła ochrona. Rzucił się, na wyższego z nich, gryząc go, drapiąc i szarpiąc.
- Louis…- jęknęła Lola, siedząc kulona pod ścianą. Kręciło jej się w głowie, nie wiedziała, gdzie jest góra a gdzie dół.- Louie, nie…
Szatyn popatrzył w jej stronę. Zamarł na chwilę. Krótka chwila, dzięki której strażnikom udało się go opanować. Wygięli mu ręce w tył. Zawył z bólu. Wtedy Harry wstrzyknął mu jakiś środek. Tomlinson zaczął się rzucać, jeszcze energiczniej niż wcześniej, ale widocznie słabł. Już po kilku minutach, leżał zwiotczały w ramionach niższego strażnika.
- Zanieście go do izolatki.- mruknął młody doktor, podchodząc do Loli.- Jak się czujesz?
- Lou, on…- jęknęła, łapiąc się za głowę.- On nie chciał… To moja wina…
- Ciii, to niczyja wina.- mruknął, podnosząc ją i przenosząc na łóżko.- Nie martw się, wszystko będzie dobrze…

Obrażenia Loli nie były poważne. Doszła do siebie już po 2 dniach. Lou natomiast, spędził tydzień w izolatce, w której przeszedł jeszcze dwa ataki. Gdy w końcu go wypuszczono, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było pójście na lunch. Czekała tam na niego Lol.
W ciągu tego tygodnia, nie opuściła żadnego posiłku, a jej dieta stała się nieco bardziej urozmaicona, choć nadal składała się głównie z jogurtów, kisieli i galaretek. Dzięki temu jej cera nabrała odrobinę koloru, a oczy nie były tak upiorne. Z każdym dniem ładniała.
Siedziała przy stoliku, bawiąc się kawałkami owoców i warzyw, które co chwila lądowały w jej ustach.
- Hej, - usłyszała cichy szept. Uniosła lekko głowę i zobaczyła Louisa. Miał poczochrane włosy, przerażający wzrok. Jego ubranie było całe pomiecione i z lekka brudne. Wyglądał jakby z kimś się bił, a nie spędził tydzień w izolatce. Niedbałym ruchem wylądował na krześle. Wyprostował nogi i odchylił głowę w tył by wziąć głęboki oddech. Spojrzał na nią. - Zaczęłaś jeść.
Nie odpowiedziała. Patrzyła na niego w milczeniu.
- Wiesz, miałem dużo czasu by przemyśleć parę spraw. I wiesz co zrozumiałem? - prychnął. - Że jestem totalnie pojebany, bo przez obwinianie się o jej zdradę stałem się psychiczny i nieprzewidywalny. Krótko mówiąc jestem potworem i to takim cholernym. Przepraszam Cię za to...
- Wstań.- zażądała.
Głośno wypuścił powietrze nosem, a następnie odsunął krzesło szurając nim. Powoli wstał. Wstała razem z nim. Okrążyła stolik i bez jakichkolwiek tłumaczeń, przytuliła się do niego. Zdziwił się, ale po chwili objął ją w pasie i mocno przyciągnął do siebie. Stykali się całą powierzchnią. Ich oddechy były spokojne i opanowane. Chłopak zamknął oczy i westchnął z ulgą.
- Tak bardzo się martwiłam...- szepnęła.- Widziałam, jak wykręcają ci ręce i coś wstrzykują... Krzyczałeś i... Matko, jak ja się o ciebie bałam...- jęknęła, wtulając się w niego mocniej.
- Nic mi nie jest. - szepnął w jej włosy. - Przepraszam, że cię tak wystraszyłem.
- Nie wiem, kim ona jest, ale jej nienawidzę.- mruknęła, wzdychając. Odsunęła się tak, aby widzieć jego twarz i lekko uśmiechnęła.- Nie jesteś pojebany. Na pewno nie bardziej niż ja. Może inaczej, ale na pewno nie bardziej...
- Wyładniałaś, wiesz? - założył kosmyk jej włosów za ucho, uśmiechając się czule.
- Więc potwierdzasz, że wcześniej byłam brzydka?- zaśmiała się zwycięsko.
- Tego nie powiedziałem. - zmarszczył brwi. - Po prostu jesteś ładniejsza niż wcześniej.
- Owszem, powiedziałeś.- szturchnęła go.- Co zjesz?
- Nie jestem specjalnie głody. - mruknął. - Lepiej ty coś zjedz.
- Ja jem.- wskazała dłonią na talerz z owocami.- Też chcesz? Albo może jabłko? Przyniosę ci.
- Szczerze? To zjadłbym pizzę. - zaśmiał się.
Uśmiechnęła się szeroko.
- Zobaczę, co da się zrobić...
Odsunęła się i żwawym krokiem ruszyła do kuchni. Chłopak powędrował za nią wzrokiem. Ponownie usiadł przy stole.  
Po około dziesięciu minutach, wyszła z kuchni, trzymając w rękach talerz z kawałkiem parującej pizzy. Z uśmiechem postawiła go przez szatynem i usiadła obok.
- Smacznego.- powiedziała, biorąc w dwa palce kawałek kiwi.
- Dzięki. - wyszczerzył się i wziął się za jedzenie pizzy.- Ale jak? Skąd?
Uśmiechnęła się.
- Trochę się działo, przez ten tydzień… Między innymi, zmienili nam główną kucharkę. Bardzo miła kobieta, polubisz ją. Stwierdziła, że nie dziwi się, że jest z nami coś nie halo, skoro tak nas karmią. I teraz gotuje takie… Domowe, dobre jedzenie i czasem specjalne zamówienia. To w sumie zabawne, bo ona nie rozumie, jak można nie lubić jeść. Jest jeszcze bardziej upierdliwa niż ty…- zaśmiała się wesoło.- Więc jeśli proszę ją o cokolwiek, co jest do jedzenia, dostaję dokładnie to, o co proszę, nawet, jeśli nie ma tego w menu.
- Sugerujesz, że będzie więcej pizzy?- uniósł brew.
- Bardzo możliwe.- przytaknęła z lekkim uśmiechem.

Mimo wszystko, Lola miała ogromne kłopoty z jedzeniem. W jej terapii były wzloty i upadki, które miały różne skutki. Louis przez cały czas ją wspierał. Wszyscy zgodnie stwierdzali, że mu się polepsza. Ataki były dosyć częste, ale nie tak gwałtowne i o wiele łatwiejsze do opanowania. Lola nigdy nie zostawiała go samego. Coś się między nimi związało, a oni nie zamierzali tego niszczyć.

Olivia wyszła ze szpitala po miesiącu. Jeszcze przez długi czas była pod opieką psychologa jak i lekarza. Na całe szczęście bardzo szybko wracała do formy. Znalazła sobie ciekawą pracę. Popołudniami przychodziła w odwiedziny do Loli. Kto by pomyślał, że w psychiatryku znajdzie przyjaciółkę na resztę życia? Z resztą, znalazła tam nie tylko przyjaźń… Harry kupił dom z pięknym ogrodem, w którym zamieszkał z blondynką. Byli bardzo szczęśliwi. Spędzali razem każdą wolną chwilę, ciesząc się swoim towarzystwem. Każdego dnia chodzili do parku, a wieczorami siadali na ławce w swoim ogrodzie i patrzyli w gwiazdy…

Megan? Po tym jak nachodziła i dręczyła parę, trafiła do szpitala psychiatrycznego. Tego samego, w którym pracowała. Nie zagościła tam zbyt długo. Popełniła samobójstwo...

wtorek, 6 maja 2014

Tam, gdzie nikt nie chce być. cz. 5

Kolacja.
Stołówka. Miejsce, w którym czuli się bezpieczni. Zero zastrzyków. Zero badań. Po prostu siedzieli. Jedli. Rozmawiali. W powietrzu uniosła się dziwna atmosfera. Inna niż zwykle. Louis od samego rozpoczęcia się posiłku opowiadał o sobie. Nawet namówił dziewczynę na mały posiłek. Nie chętnie go zjadała i bardzo powstrzymywała się od zwymiotowania. Pielęgniarki chodziły między stolikami. Ochroniarze stali pod ścianami i rozmawiali między sobą. Pacjenci siedzieli i jedli. Brakowało tylko jednej z nich. Niebieskookiej blondynki. Megan też nie było.
- Masz. - przyniosła jej tackę z jedzeniem. - Nie mogę pozwolić na twoje zdechnięcie.
- Przed chwilą mi groziłaś, że mnie zabijesz, a teraz dajesz jedzenie? - prychnęła.
- Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Rozumiesz? - warknęła.
- Bo Harry cię nie będzie chciał? I bez tego nie masz u niego szans.
Poczuła pieczenie policzka. Uderzyła ją. Pierwszy raz w twarz. Spojrzała na nią przerażona.
- Ciesz się, że nie mam ostrych przedmiotów. - warknęła.
Nie odpowiedziała jej. Po prostu spuściła głowę.
- Przyjdę za godzinę. - rzuciła wychodząc.




- Słuchasz mnie? - zapytał nagle.
- Hm? Tak, tak.- mruknęła, czujnie wpatrują się w drzwi.
- Kłamiesz. - mruknął. - Nie słuchasz tego co mówię.
- Wyłączyłam się po pidżamie w misie.- przewróciła oczami.- Nadal nie powiedziałeś mi niczego ważnego. Nie obraź się, ale nie lubię dzieci, więc średnio mnie obchodzi, jakie śpioszki obrzygałeś.
- Przed chwilą mówiłem o tym. - zaśmiał się, a przez drzwi weszła Megan.
- Wiem i dlatego cię nie słuchałam...- mruknęła, śledząc wzrokiem pielęgniarkę.- Wiesz, chyba już pójdę.
- Dobrze. - uśmiechnął się. - Dobranoc.
- Przyjdziesz jeszcze do mnie?- zapytała cicho.
- Dzisiaj?
Przytaknęła głową.
- Postaram się.
- I możesz wziąć ze sobą kisiel malinowy.- uśmiechnęła się.- Megan!
- Okay. - zaśmiał się cicho.
- Co? - mruknęła mijając ją.
- Odprowadź mnie do pokoju.
- Chodź. - niechętnie zawróciła.
Wstając, Lola włożyła do długiego rękawa białej koszuli, plastikowy nożyk.
- Właź. - mruknęła otwierając jej pokój.
Brunetka złapała pielęgniarkę za ramię i wciągnęła do środka. Przyparła ją twarzą do ściany, blokując jej ręce z tyłu i przykładając nożyk do gardła.
- Śmieszna jesteś. - warknęła i się wyrwała. Pozycje się zmieniły. - Nigdy mnie nie zaskoczysz.
- Zabiję cię.- warknęła.- Zabiję cię za to, co do niej mówisz. Zabiję cię za to, jak nas szarpiesz. Zabiję cię za to, że jej grozisz.- napluła jej na twarz.
Pielęgniarka wytarła jej ślinę, a następnie wygięła jej rękę. Dziewczyna pisnęła.
- Słuchaj mała suko... - zaczęła.
- Zabiję cię. Jeszcze nie wiem jak, ale uwierz mi, nikt stąd za tobą nie zatęskni.- warknęła, powstrzymując jęk.
- Zamknij się suko. - warknęła. - Nie tkniesz mnie. Prędzej to ja ci zrobię krzywdę...
- Akurat się boję.- warknęła.- Możesz sobie zastraszać Olivię, ale przysięgam ci, jeśli jeszcze raz dorwę cię, jak podnosisz na nią rękę... To będą ci tej ręki szukać w twojej dupie.
- Nic nie warta szmata. - syknęła. - Obie. Ty i ona. Nic nie warta szmata... Chętnie bym zrobiła to jeszcze raz...
Nagle Megan poczuła, jak ktoś kładzie jej rękę na ramieniu i mocne szarpnięcie. Puściła brunetkę i poleciała na ścianę za sobą.
- Co jest? - warknęła i zobaczyła... Harrego.- Co ty tu robisz?
- Co ja tu robię?! Dowiaduję się genialnych rzeczy! Co byś chętnie zrobiła jeszcze raz, co?!- krzyknął. Evans jeszcze nigdy nie widziała go w takim szale. Był wściekły i ta wściekłość biła od każdego centymetra kwadratowego jego ciała. Jego zielone oczy ciskały błyskawicami a ręce miał zaciśnięte w pięści.
- Nic. - warknęła.
- Nic? To ja cię uświadomię. Słyszałem wszystko. Wszystko!
- No i co z tego? Niczego to nie zmieni. Nie boję się ciebie.
- Zmieni. W tej chwili masz stąd wyjść. Spodziewaj się dyscyplinarnego zwolnienia z pracy.
- Ty również. - warknęła i wyszła trzaskając drzwiami.
Przeczesał dłonią włosy.
- Wszystko w porządku?- zapytał, mierząc brunetkę wzrokiem.
- Tak, jasne że tak.- przewróciła oczami.- Lepiej biegnij do Olivi. Nie ufam tej szmacie.- warknęła.
- Raja.- mruknął, wychodząc.- Przysłać ci...
- Lou przyjdzie.- odpowiedziała.
- Okay.- przytaknął tylko i ruszył biegiem wzdłuż korytarza.



- Hej. - Lou wszedł do 1804.
- Hej.- westchnęła, jakby zmęczona, opadając ciężko na łóżko.
- Co się stało? - usiadł obok niej.
- Nic.- mruknęła, pocierając lekko posiniałe przed ramię.
- Nie kłam. - zmarszczył brwi.
- Nic się nie stało...
- To dlaczego jesteś smutna?
- Booo... Bo mnie ręka boli.
- Co ci zrobiła? - mruknął nisko.
- Ni takiego.- przewróciła oczami.
- Powiedz mi.
- Nic.- ucięła.- Grunt, że więcej nie zrobi. Harry wszystko widział i słyszał.
- Żartujesz?
- Nie.- uśmiechnęła się.- Mówiłam, że się jej pozbędę...
- Ale skąd wiedziałaś, że przyjdzie?
- No... Nie wiedziałam...
- Wspaniała jesteś. - uśmiechnął się.
Zmarszczyła brwi.
- Co?
- No, że to zrobiłaś. - wyjaśnił.
- Nic nie zrobiłam... Chciałam ją pociąć plastikowym nożem, ale trochę mi nie wyszło...
- Odważna jesteś.
- Głupia pasowałoby lepiej...
- Nie. Nie jesteś głupia.
Położyła się na łóżku.
- Jestem. Jestem głupia, tłusta i brzydka. Zawsze taka byłam.
- Nie. Jesteś mądra, szczupła i piękna. - spojrzał jej w oczy. - Myślisz, że gdybyś była głupia, tłusta czy brzydka to bym tu z tobą siedział?
- Myślę, że siedzisz tu z litości, albo dlatego, że jesteś aspołeczny i nie umiesz rozmawia z innymi.- mruknęła, gapią się w sufit.
- Nigdy nie potrafiłem się litować. Dla  mnie zawsze będziesz szczupłą i mądra dziewczyna. Tą najpiękniejszą. - szepnął czule.
- Ale dla siebie nie będę.- mruknęła.
- Dlatego chce ci pokazać, że taka właśnie jesteś. Musisz to zobaczyć. Uwierzyć w to.
- Ale tak się nie da.- warknęła.- Gdybyś... Gdybyś przez 20 lat na każdym kroku słyszał, że jest źle, że jesteś paskudny, że wszyscy się ciebie wstydzą, że odstajesz, że jesteś głupi, że nie myślisz... Zacząłbyś w to wierzy. I to szybciej, niż i się wydaje...
- Nie pozwolę, żeby ktokolwiek tak mówił o tobie. Rozumiesz? Nikomu. - mruknął nisko, jej ciało przeszedł dreszcz.
- Teraz już za późno. Nie cofniesz czasu..- szepnęła.
- Ale mogę wpłynąć na przyszłość. - uniósł zabawnie brwi.
Przesunęła się na łóżku pod ścianę, robią miejsce.
- Więc jak? - spojrzał na nią. - Pozwolisz mi zmieć przyszłość?
Poklepała materac obok siebie. Usiadł obok niej. Przewróciła oczami.
- Boże z wami facetami trzeba tak dosłownie.- mruknęła, łapiąc go za ramię i ciągną w dół tak, żeby się obok niej położył.
- Więc? - zaśmiał się cicho. - Pozwolisz na to?
- Jeszcze nie wiem.- mruknęła, nieśmiało się do niego przytulając.
Delikatnie ją objął ramieniem.
- Rozumiem. - szepnął  w jej czarne włosy.
Wtuliła twarz pod jego obojczykiem.
- Jesteś tak nie wiarygodnie...
- Jaki?
- Słodki.- mruknęła cichutko.
- Uczę się od najlepszych. - spojrzał na nią znacząco.
Nie odpowiedziała.
- Przyniosłeś mi kisiel?- zapytała, po chwili ciszy.
- Nie. Muszę iść po niego. - mruknął.
- Nie, zostań...- złapała go za rękę.
- A kisiel?
- Jutro.
- Okay. - położył się z powrotem.
Uśmiechnęła się lekko.




Harry w szaleńczym tempie pokonał szpitalne korytarze. Gwałtownie zatrzymał się przed drzwiami pokoju blondynki, niemal w nie wbiegając. Energicznie w nie zapukał.
- Proszę. - usłyszał cichy szept. Kiedy wszedł zobaczył jak dziewczyna siedzi na łóżku i spokojnie je kolację. Zaskoczona spojrzała na niego. Obserwowała każdy jego ruch. Kiedy zobaczył, że jest cała i bezpieczna, westchnął ciężko. Zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie, przeczesując dłonią niesforne loki. Olivia była zdziwiona, że Styles nie jest ubrany w swój uniform lekarza. Miał na sobie czarne jeansy, biały podkoszulek i czarny, długi płaszcz. Dziewczyna jak gdyby nic wróciła do jedzenia. Powoli przeżuwała posiłek, wciąż powstrzymując się przed wypowiedzeniem choćby jednego słowa. Bała się. Ciągle się bała. Poza tym gdyby to zrobiła powiedziałaby też o dzisiejszym wypadku, o ochroniarzach, którzy siłą ją rozebrali do badania. Nie chciała, żeby o tym wiedział. Po prostu milczała wpatrując się w tackę z jedzeniem. Spokojnym krokiem, podszedł do niej i kucnął kawałek dalej.
- Olivio...
Powoli podniosła głowę i spojrzała na niego.
- Wiem o wszystkim.- powiedział cicho.
Zrobiła wielkie oczy. Była zaskoczona. Przecież to niemożliwe, pomyślała.
- O czym? - zapytała marszcząc brwi.
- O Megan.
- No i?
- Wiem, że ci groziła. I że cię biła i poniżała...- zaczął nie pewnie.- Czemu mi o tym nie powiedziałaś?
- Wyjdź. - powiedziała pewnie.
- Czemu mi nie powiedziałaś?- powtórzył pytanie, nie ruszając się z miejsca.
- Wyjdź. - mruknęła wracając do jedzenie.
- Olivia, do cholery, odpowiedz! - pierwszy raz, odkąd go poznała, do niej krzyknął.
- Powiedziałam wyjdź! Nie chcę cię widzieć! Chcę być sama! - krzyknęła nie podnosząc głowy i zaciskając w pięściach białe prześcieradło.
- O co chodzi?! Czemu nie chcesz mi powiedzieć?!- położył dłoń na jej zaciśniętym nadgarstku.- Ona cię nie skrzywdzi. Jeśli się do ciebie zbliży, osobiście złapię ją za szmaty i wywalę ze szpitala.
- Nie dotykaj mnie! - pisnęła i się gwałtownie odsunęła. Zasłoniła uszy i odsunęła pod samą ścianę. Skuliła się. - Zostaw mnie...
- Nie skrzywdzę cię.- powiedział cicho.- Nie zrobię tego, co... Oni.
- Nie dotykaj mnie...
Zacisnął szczękę i wstał.
- Nie dotknę. Ja... Sądzę, że to będzie dobre, jeśli... Jeśli przejmie cię doktor Black...
- Nie! - krzyknęła gwałtownie. - Nie chcę!
- Czemu?
- Po prostu nie chcę. - szepnęła cicho. - Tylko proszę, nie dotykaj mnie więcej... Nigdy...
- Dobrze wiesz, że to nie możliwe.- odpowiedział.- I... Faktycznie, jestem zbyt wyrozumiały względem ciebie... Nie powinienem traktować cię ulgowo. Doktor Black lepiej się tobą zaopiekuje...
- Jasne. - prychnęła. - Bo wiesz co jest dla mnie najlepsze! Wszyscy to wiecie! Ale tak naprawdę gówno wiecie! Nic nie rozumiecie! Miałam tu dojść do siebie, a jest coraz gorzej! Do dupy to wszytko! - wrzasnęła przeraźliwie głośno wymachując rękoma, czym spowodowała odklejenie opatrunku.
Przewrócił ozami i delikatnie złapał ją za przed ramię.
- Nie wierć się.- mruknął, poprawiają igłę i naklejając świeży plaster, leżący obok sprzętu.
- Zostaw. - mruknęła. - Wolę się wykrwawić niż być tutaj.
- Przykro mi.- mruknął pod nosem.
- Jasne. - prychnęła. - Wam wszystkim jest przykro, że musicie nam pomagać.
- Oczywiście. A ty wiesz to tak dobrze, jak my wszyscy wiemy, co ci trzeba.- prychnął.- Mniejsza. Cieszę się, że Megan nic ci nie zrobiła. Do widzenia, panno Maise.
- Wyrzuć ich stąd. - mruknęła nagle, przez co chłopak zatrzymał się w połowie kroku.
- Kogo niby?
- Black... Ochroniarzy... - mruknęła niemrawo. - Megan... Nie chcę, żeby tu byli...
- Wytłumaczysz mi, czemu?
Wzięła głęboki oddech i usiadła, przy skraju łóżka, po turecku. Oparł się bokiem o ścianę i skrzyżował ręce na piersi.
- Dzisiaj... po tym jak Megan podłączyła mi kroplówkę... - mówiła niepewnie. Wciąż patrzyła się na swoje ręce, którym nie potrafiła znaleźć zajęcia. - Przyszła Lola... powiedziałam jej o wszystkim... chciała iść do Megan... chciałam ją powstrzymać... wyrwałam wenflon...jedyne co pamiętam to dużo krwi... potem... - po jej policzku zaczęły spływać łzy. - Potem...obudziłam się w gabinecie Black... Nie... Nie chciałam, żeby mnie badała... Bałam się... Chciałam do pokoju... do Loli...ale zawołała ochroniarzy... zrobili to.... siłą... bolało... ten sam wstyd... oni widzieli...
Odwrócił od niej wzrok i przełknął ślinę.
- Powinnaś... Powinnaś była wykonać polecenia lekarza.- powiedział cicho, starając się, by jego ton był poważny.
- Nie powinna tego robić... - warknęła. - Doskonale zna powód mojego pobytu tutaj...
- Powinna. Jej zadaniem było cię zbadać. Stawiałaś opór, więc wezwała pomoc.- warknął.- Nie rozumiesz tego? To jest szpital psychiatryczny. Tu wszyscy mają w dupie to dlaczego i po co tu jesteś. Każdy chce zrobić to, co musi i mieć to z głowy. Nie wszyscy są... Tak wyrozumiali.- wypluł to słowo i westchnął.- A ja nie powinienem traktować cię ulgowo.- powiedział cicho.- Powinienem był zrobić to samo co ona i przypilnować, żebyś uważała mnie za sukinsyna.
- Udało ci się. - powiedziała przez zaciśnięte zęby i odwracając głowę.
Pokiwał głową
- To dobrze.- mruknął cicho.- Do widzenia.
- Żałuję, że Megan tego nie zrobiła... - mruknęła sama do siebie.




Gdy wyszedł, pierwszym, co zrobił, było pójście prosto do dyrektora szpitala. Pokazał mu filmik, który nagrał telefonem, na którym widać, jak Megan grozi Loli i przyznaje się, że biła inną pacjentkę. Mężczyzna poprosił Harrego, aby ten zgrał mu filmik na komputer i obiecał, że już od następnego dnia, Megan nie będzie pracować w szpitalu. Szatyn przytaknął, podziękował i poszedł do swojego gabinetu. Zapomniał zabrać ze sobą teczkę. Właściwie, to tylko po to wrócił wieczorem do pracy. Zapukał cicho do gabinetu lekarskiego.
- Proszę!
Styles wsunął się do pokoju.
- Dobry wieczór, doktor Black. Ja tylko po teczkę. Zapomniałem ją zabrać...
- Dobry wieczór, doktorze Styles. Tak, oczywiście.  - mruknęła nie podnosząc głowy zza papierów.
Chłopak pozbierał swoje rzeczy, życzył kobiecie dobrej nocy i wyszedł na korytarz.



Kiedy czarnowłosa otworzyła oczy, zobaczyła obok siebie śpiącego Louisa. Po cichu podniosła się do pozycji pół siedzącej, żeby na niego popatrzeć. Z lekkim rozbawieniem stwierdziła, że gdy śpi, jest jeszcze słodszy niż zazwyczaj. Włosy, rozwiane po poduszce, zasłaniały mu odrobinę powieki. Pod oczami nie było widać tak dużych cieni, jak zawsze. Miał rumiane policzki i lekko otwarte usta. Wyglądał na 5 lat młodszego i weselszego.
- Nie patrz na mnie. - warknął nie otwierając oczu.
Jej uśmiech poszerzył się.
- Czemu?- zapytała cicho.
- Po prostu nie patrz. - mruknął. - Idź sobie i daj mi spać.
- Śpij. Nawet cię nie ruszam.-prychnęła.
- Ale patrzysz się, a to już wystarczy, żeby mnie rozproszyć. - otworzył jedno oko.
- Bo wyglądasz uroczo.- mruknęła.- Śpij. Idę sobie.
- Mhm.- mruknął i odwrócił twarz.
Dziewczyna wstała z łóżka. Wyciągnęła jakieś ubranie z szafeczki i poszła do łazienki. Po drobnej toalecie, wzięła głęboki wdech. Pierwszy raz od tygodnia, podeszła do nie dużego lusterka nad umywalką. Skrzywiła się na widok swojej twarzy. Na zapadnięte policzki, wiszącą skórę, oczy bez życia, poszarzała cera. Była brzydka. Była okropnie brzydka. Nie dość, że była gruba, to jeszcze brzydka. Odwróciła się na pięcie, powstrzymują łzy. Jak burza wybiegła z łazienki i nie zważając,c że narobiła tyle hałasu, że obudziła Lou, wybiegła na korytarz. Natknęła się na dwie pielęgniarki, które rozmawiały o zwolnieniu z pracy Megan. Brunetka od razu się rozpromieniła i stwierdziła, że koniecznie musi podzieli się tą wiadomością z Olivią. Ruszyła w dół korytarza, ale zatrzymała się przy zakręcie, słysząc znajomy głos.
- ... Nie, słuchaj, ja wiem, jak to idiotycznie brzmi...- Harry nacisnął kciukiem i palcem wskazującym na nasadę nosa. Rozmawiał przez telefon.- Ale co ja poradzę na to, że ona... Tak, wiem. Jestem w szpitalu psychiatrycznym. Ale ona nie jest jakaś pojebana! Po prostu ma problem... Tak. Wiem. Specjalnie jej to powiedziałem... Jeśli będzie mnie nienawidzić, może... Może uda mi się o niej zapomnieć... Nosz kurwa, skończ! To nie jest zabawne! ... Zabiję cię kiedyś, Horan.- zaśmiał się cicho.- Zachowujesz się jak smarkacz... Nie, nie wie, że ją kocham. I niech tak zostanie. ... Nic nie poradzę, że mam słabość do blond włosów.- zaśmiał się, ruszając w stronę brunetki. Ta, szybko weszła do pierwszego lepszego pomieszczenia, którym okazałą się szafa na szczotki.
Poczekała, aż lokaty ją minie, po czym wyskoczyła z kanciapy i ruszyła biegiem do pokoju koleżanki. Wpadła do niego zdyszana, nawet nie pukając.
- Oli...via... Nie... Uwierzysz... Czego... Czego się dowiedziałam...- oparła się o ścianę.
- Czego? - mruknęła siadając.
- Po pierwsze...- powiedziała, gdy oddech jej się ustabilizował.- Wywalili Megan.
- A po drugie? - nie zmieniła swojego tonu.
- Nasz przystojny doktor jest zakochany.- zachichotała.
- No i co z tego? - wzruszyła ramionami.
Przewróciła oczami.
- Dziękuję, za twój nadmierny entuzjazm. Spokojnie, bo jeszcze się zmęczysz tą radością.
- Daj mi spokój. Wszystko mnie boli. - jęknęła i się położyła z powrotem.
- Niby czemu cię boli?- brunetka usiadła na krzesełku.
- A skąd mam wiedzieć? - mruknęła. - Spałam. Obudziłam się i już bolało.
- Jesteś strasznie marudna.- burknęła niezadowolona.
- Trudno. - wzruszyła ramionami. - No, ale w kim jest zakochany doktorek?
-  Pff. I tak masz to w dupie.- prychnęła, wstając.- Powiem ci, jak będziesz wystarczająco zainteresowana.
- Nie. No, która jest tą szczęściarą, żeby taki sukinsyn się w niej zakochał? - mruknęła siadając.
- TYM BARDZIEJ ci nie powiem.- podkreśliła dwa pierwsze wyrazy.- Nadal nie rozumiem, czemu nazywasz go sukinsynem.
- Sam się tak nazwał. - warknęła. - Powtarzam to co usłyszałam. Dla mnie może być każdym. - skończyła obojętnie.
- Szczerze.- nachyliła się w jej stronę.- Lubisz go?
- Nie. Jest denerwujący.
- Mhm.- mruknęła, po czym wstała.- Więc sama go zapytaj.
- Nie dobijaj mnie. - mruknęła.
- Idę na śniadanie. Pa.
- Czekaj idę z tobą. - mruknęła i wstała. - Mam ochotę na pomarańczę
- Mhm.
Dziewczyny razem poszły na stołówkę. Szły w ciszy. Nie rozmawiały o niczym. Dopiero kiedy weszły na stołówkę rozdzieliły się. Lola poszła do stolika przy którym siedział zaspany Louis, a Olivia blisko kuchni z jedną pomarańczą, której nie jadła. Po prostu się nią bawiła.
- Jaki dzisiaj jemy jogurt? - mruknął Louis.
- Żaden.
- Dlaczego? - zdziwił się.
- Nie chcę jeść.
Zmarszczył brwi.
- A powód?
- Nie jestem głodna. Jestem brzydka. Czemu mi nie powiedziałeś, że jestem brzydka?
Prychnął.
- Jasne. Jesteś brzydka jak stare, dziurawe skarpetki. - prychnął sarkastycznie. - Jesteś głupia uważając tak.
- Widziałam się dzisiaj w lustrze. Jestem brzydka.- powiedziała cicho.
- A ja jestem święty Mikołaj. - powiedział uśmiechając się głupio. - Co chce dziwecynka na gwiazdke?
- Leki nasenne. Dużo.
- Idę po coś do picia. Chcesz wodę? - mruknął wstając.
- Nie.
- Cokolwiek?
- Nie.
- Dobra zdam się na intuicję. - mruknął i zniknął w kuchni.
Dziewczyna wstała od stołu i odeszła pod ścianę. Oparła się o parapet okna i wyjrzała na zewnątrz. Padał deszcz, a krople spływające po szybie, wyglądały jak łzy.
Nagle poczuła czyjąś rękę na ramieniu, a kiedy się odwróciła zobaczyła uśmiechnięta twarz Harrego.
- Nie szczerz się tak. Nie działa na mnie ten twój dołeczek.- mruknęła, odwraacjąc się znów ku oknu.
- Co robisz?- zapytał, stając obok niej przy parapecie.
- Gapię się przez okno. Trudno nie zauważyć.- burkneła.
- Czemu nic nie jesz?
- Bo jestem brzydka.- przymknęła oczy.
- Wcale...
- Nawet nie zaczynaj.- warknęła.- Tak, jestem. Widziałam się dzisiaj w lustrze. Wyglądam jak trup.
- I jak myślisz, czemu tak jest?
Nie odpowiedziała.
- N... Nie wiem...
- Kłamiesz.
- No... Raczej nie, od...
- Owszem. Od nie jedzenia.
- Nie lubię jeść.- mruknęła.
- Więc spróbuj to polubić. Lou cie szuka. Chyba ma dla ciebie coś specjalnego. Nakrzyczał na kucharkę, że chce kisiel, ale tylko w tym ślicznym, różowym kubku.- zaśmiał się. Brunetka mimo woli też się uśmiechnęła.
- Zjedz ten kisiel, bo muszę go dzisiaj przebadać. Wolę, żeby miał dobry humor.- poklepał ją po ramieniu.
- Harry!- zawołała za nim.
- Hm?
- ... Nie, nic.- mruknęła.- Powodzenia z piękną blondynką.- uśmiechnęła się.
- Co?- zapytał zdezorientowany, kiedy minęła go i ruszyła z powrotem do stolika.
- Obiecany kisiel. - wyszczerzył się chłopak stawiając przed dziewczyną wypełniony różowy kubek.
Zaśmiała się na widok jego miny.
- Dziękuję.
- Obiecałem.
- Wiem. Dziękuję.- mruknęła, grzebiąc w nim łyżeczką.- Nakrył cię ktoś w moim pokoju?
- Tylko Harry. - machnął ręką.
- Harry?!- zawołała, rozglądając się. Nigdzie jednak nie dostrzegła kędzierzawej głowy.- A to dwulicowa świnia...
- Czemu? - zaśmiał się.
- Bo tak.- burknęła.- Myślisz, że jestem taka brzydka, bo nie jem?
- Tak. To wszystko jest spowodowane twoim nie jadzeniem. - powiedział poważnie.
Zapatrzyła się w kubek z kisielem. Zacisnęła mocno powieki i włożyła do ust łyżeczkę kisielu.
- Smacznego. - uśmiechnął się i znów wbił swój wzrok w stół. Tak samo jak poprzednim razem.
- Dziękuje.- mruknęła, powstrzymując odruch wymiotny.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Tam, gdzie nikt nie che być. cz. 4

        Rano, zmęczony Styles usiadł na krześle przy swoim stoliku na stołówce. Nie był głodny, za to przed nim stał ogromny kubek z kawą. W ciszy sączył napój, gdy jego zielone oczy czujnie przeczesywały salę. Pacjenci dopiero się schodzili. Nagle przez drzwi weszły dwie dziewczyny. Lola i Olivia. Nerwowo o czymś rozmawiały. Swoim wejściem zwróciły na siebie uwagę wszystkich zebranych.
- Dlaczego wciąż go tak bronisz? - prychnęła. - Może jest inny, ale nadal jest kretynem.
- Nie jest kretynem.- przewróciła oczami.- Byłaś kiedyś na oddziale zamkniętym?
- Bo co? - zmarszczyła brwi.
- Bo ja byłam.- mruknęła.- Nawet nie wyobrażasz sobie, jakie to błogosławieństwo, że to akurat on jest tutaj, a nie tam.
- Gadałaś  z tym... jak mu tam? Luck? Lusois? - zmarszczyła brwi i usiadła przy wolnym stoliku.
- Ygh..- wydała z siebie dźwięk irytacji, krzywiąc się przy tym.- Louis. Tak, niestety tak.
- Właśnie. - pstryknęła palcami i usiadła po turecku. - Podobasz mu się. Widać jak na ciebie patrzy. Z resztą jak każdy. Ten sam zmartwiony wzrok.
- Czemu nie jecie? - obok nich pojawiła się Megan.
- Bo ty tu jesteś. - uśmiechnęła się słodko Olivia. - Wystarczająco obrzydzające.
- Nie pobędziesz tutaj długo. - uśmiechnęła się wrednie. - Przeniosą cię na inny oddział.
Zmarszczyła brwi.
- Kłamiesz.
- Nie. Trzeba było nie uprawiać seksu z pracownikiem. - warknęła i zwróciła się do brunetki. - Chcesz wody?
- Chcesz, żeby moja koścista noga weszła ci w dupę?- zapytała, patrząc na nią z obrzydzeniem.
- Przyniosę ci coś. - mruknęła nie zwracając uwagi na jej wypowiedź. Swoim niedbałym krokiem poszła do kuchni.
- Nigdzie cię nie przeniosą.- Evans rzuciła niedbale do blondynki.- Tu są tylko trzy oddziały. Nasz, zamknięty o zaostrzonym rygorze i ten dla warzyw. Nie sprawiasz aż takich problemów, żeby mieli cię gdzieś przenosić.
Nie odpowiedziała jej. Przetwarzała słowa Megan. Wciąż od nowa i od nowa.
- Hej...- brunetka pomachała ręką przed twarzą Olivi.- O co jej chodziło z tym... Seksem?
- Skąd mam wiedzieć? - warknęła odwracając głowę.
- Czy ty...
- Czy mnie przeleciał? - prychnęła.
- Czy mu się oddałaś?
- To, że jestem tutaj zamknięta to nie oznacza, że jestem nienormalna. - mruknęła. - Może i mam problemy, ale nie takie, żeby pocieszać się seksem. Nie upadłam aż tak nisko...
Przytaknęła.
- Chciałam mieć pewność. Wierzę ci. Megan jest napaloną na Harrego idiotką.
- Ale on się nie pali do bliskości z nią. - mruknęła patrząc w stół.
- Bo on jest mądry. I dobry. To już mówiłam.- mruknęła, odchylają głowę do tyłu.- Akurat jego lubię. Jest fajny.
- A Louis?
Skrzywiła się.
- On mnie denerwuje.
- Jako jednym jest normalny. - mruknęła. - Nie sprawia problemów. Jest wkurzający, ale da się z nim pogadać.
- Masz. - obok nich pojawiła się Megan. Przed brunetką postawiła tacę z jedzeniem. Zwróciła się do blondynki. - Zjesz później. Musimy podać ci kroplówkę. Na czczo.
Przytaknęła, a pielęgniarka odeszła.
Brunetka patrzyła na jedzenie, coraz szybciej i płycej oddychając.
- Zwymiotuję.- poderwała się z krzesła i pobiegła w stronę drzwi do toalety.
Ta tylko głośno westchnęła i poszła do siebie.  Harry westchnął ciężko, gdy zobaczył, jak Lola znika w łazience. Wstał z krzesła.
- Jeśli nie znajdziemy czegoś, czym można ją bezpiecznie karmić, to umrze z wycieczenia w ciągu tygodnia.- mruknął pod nosem, idąc w jej stronę.
Wraz z jedną ze starszych pielęgniarek pomógł dziewczynie wyjść z toalety. Posadzili ją ponownie przy stoliku.
- Lola, co jesteś w stanie zjeść?- zapytał.
- Nic.
- Ale coś zjesz nawet, jeśli będę musiał osobiście włoży ci to do gardła a potem trzyma tak, żebyś nie wymiotowała.- powiedział surowo.- Żarty się skończyły.
- Nie chcę...- po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Harry westchnął.
- Za chwilę coś ci przyniosę...- oddalił się wraz z pielęgniarką. Brunetka podciągnęła kolana pod brodę i zaczęła cicho płakać.
- Hej. Co jest? - obok niej kucnął Louis. - Wiem, że mnie nie lubisz, ale proszę. Zjedz coś. Nie chcę, żebyś umarła....
Podciągnęła nosem.
- Niby czemu?
- Bo... Zasługujesz na znacznie więcej niż śmierć. - szepnął. - Jesteś zbyt śliczna na śmierć.
- Nie jestem śliczna. Nie jestem ładna. Do cholery, przestańcie wszyscy to powtarzać!- krzyknęła, kuląc się jeszcze bardziej.
-To dlaczego wszyscy wciąż ci zazdroszczą? Dlaczego pielęgniarki uważają cię za zagrożenie? Wciąż się boją, że zabierzesz im jakiegoś faceta. Jesteś śliczna i to się liczy. Zawsze ci będę powtarzał. Tak długo, aż zrozumiesz, że naprawdę jesteś piękna, ale musisz jeść. - mówił spokojnie.
Podciągnęła nosem.
- Jogurt.
- Jaki? - uśmiechnął się delikatnie.
- Brzoskwiniowy.- szepnęła.
- Już się robi. - uśmiechnął się, a następnie poszedł do Harrego. Chwilę o czymś z nim rozmawiał, a po chwili wrócił z jogurtem. - Proszę. Specjalnie dla ciebie.
Nieśmiało wzięła do rąk kubeczek i łyżeczkę.
- Nie patrz na mnie.- mruknęła.
- Okay. - zaśmiał się cicho i zaczął gapić w stół. - Lubię cię, wiesz?
- Ja ciebie nie. Smutne.- mruknęła, mocząc łyżeczkę w jogurcie. Chwile się w nią wpatrywała, po czym włożyła ją do buzi i oblizała.
- Nie musisz mnie lubić. - szepnął. - Ważne, żebyś żyła i jadła.
Popatrzyła na niego czujnie.
- No dobra. Trochę cię lubię. Ale to bardziej jest nie nielubienie niż lubienie.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Smacznego.
- Nie patrz jak jem.- warknęła nagle.
- Nie patrzę jak jesz. - powiedział spokojnie. - Nie spojrzę dopóki nie skończysz.
- Nie ty. Ona.- mruknęła, piorunując wzrokiem gapiącą się na nich Megan.
Podniósł wzrok i spojrzał wrogo na pielęgniarkę.
- I jak tam nieudana noc? - prychnął. - Znów cię spławił?
- Nie interesuj się za dużo. - warknęła. - Ciesz się, że nie dałam ci większej dawki leków nasennych. 
- Marzę tylko o tym. - mruknął zbijając ją z tropu. - Wtedy nie musiałbym na ciebie patrzeć i psuć sobie humoru.
- Masz pecha. Jesteś skazany na mnie. - uśmiechnęła się słodko. - Nikt inny nie chce cię pilnować.
- Albo udusiłaś ich swoim duszącym oddechem. - uniósł zabawnie brwi.
- Za piętnaście minut przyjdziemy do ciebie. - warknęła i wyszła ze stołówki.
Chłopak powoli spojrzał na Lolę, a następnie wpił swój wzrok w stół.
- Czemu nikt inny nie chce cię pilnować?- zapytała, oblizując łyżeczkę.- Przecież jesteś słodki. Na pewno podobasz się którejś z pielęgniarek.
- Mam specyficzny tok myślenia. - puścił do niej oczko.
- Czyli?
- Powiem tak. Przez pierwszy miesiąc mojego pobytu tutaj... - na jego twarzy pojawił się uśmiech. - Chodziłem tylko w czerwonych bokserkach z nosem klauna.
Uśmiechnęła się szerzej, szybko mrugają powiekami.
- W czym?- zaśmiała się.
- Chcesz? Mogę ci je pokazać. - zaśmiał się. - Oprawiłem w ramkę na pamiątkę.
- Hahaha, nie, raczej nie.- zaśmiała się wesoło. Po chwili zmierzyła go badawczym spojrzeniem.- Pewnie było na o patrzeć.
- Nie mi to oceniać. - zaśmiał się.
- Hm. Szkoda.- mruknęła, dyskretnie wkładając odrobinę jogurtu do buzi.
- Hah. - zaśmiał się cicho. - Idę po jabłko. Chcesz?
- Nie. Nie lubię jabłek.
- Gruszka? Marchewka?
Zawahała się.
- Lubię marchewki. Ale nie chcę.
- Na pewno? - spojrzał na nią uważnie.
- Tak.- mruknęła, wpatrując się w pudełeczko z jogurtem. Już prawie widać było dno...
- Okay. Nie naciskam. - uśmiechnął się. - Zaraz wracam.
Wstał i poszedł po owoc. Gdy był w połowie drogi, minął się z Harrym.
- Wracam do domu. Bądź grzeczny.- Styles uśmiechnął się do pacjenta.
- Tak jest tato. - zaśmiał się cicho.
- Widzimy się jutro.- poklepał go po ramieniu i ruszył ku wyjściu. Uśmiechnął się do kilku pacjentów, pomachał do Billego i szeroko uśmiechnął się do Loli. Ta nieśmiało odwzajemniła gest.


- Jeśli się do niego odezwiesz zabiję cię. - Megan warknęła nisko. Przerażająco nisko.
Dziewczyna przełknęła głośno ślinę i przytaknęła.Pielęgniarka ruszyła do gabinetu pielęgniarek, a pacjentka do swojego pokoju. Znów się zaczęło. Strach... Strach przed śmiercią...
Nagle na kogoś wpadła.
- O, witaj Olivio.- Harry uśmiechnął się wesoło.- Dobrze spałaś?
Już miała coś powiedzieć, gdy przypomniała sobie słowa Megan. Nie odpowiedziała. Wyminęła go i szła dalej. Zupełnie jak w transie.
- Olivia!- zawołał za nią.
Nie zareagowała. Po prostu szła przed siebie. Zmarszczył brwi. Patrzył na nią, do póki nie znikła za zakrętem. Westchnął i ruszył do wyjścia z budynku.
Po jej policzkach spłynęły łzy. Bardzo go lubiła, ale bała się, że Megan spełni obietnicę. Nie chciała umierać. Kiedy dziewczyna doszła do 1907 czekała tam na nią Megan z kroplówką. Usiadła na łóżku, a ta zaczęła ją podłączać.  Żadna nie odezwała się. Słychać było tylko i oddechy. Bicie serc. Drżenie Olivi. Kiedy skończyła zabrała do połowy pełną butelkę wody i wyszła. Blondynka położyła się zwijając w kłębek.
Po około 20 minutach usłyszała pukanie. Nie zdążyła odpowiedzieć, a drzwi się otworzyły.
- Hej, to ja.- powiedziała Lola, wchodząc do pokoju.
- Hej. - usiadła. - Coś się stało?
- Nie, czemu?- zapytała, siadając obok niej.- Nudzi mi się.
- Tak się pytam. Jadłaś?
Zamilkła.
- Lolu?
- Jadłam.- szepnęła.
Uśmiechnęła się.
- Też chcę. Głodna jestem. - mruknęła.
- Przynieść ci coś?
-Nie. Wytrzymam do kolacji. - uśmiechnęła się. - Co tam?
Wzruszyła ramionami.
- Nic... Czego się boisz?- zapytała nagle.
- Hmm? - zmarszczyła brwi.
- Boisz się czegoś. Czego?
- Wydaje ci się.
- Nie.
- Tak.
- Słuchaj. Nie lubię kłamstw. Jeśli nie chcesz mi mówi, to powiedź, że nie chcesz, a nie wciskaj kit.- burknęła.
- Nie boję się niczego. Jak Louis?
- W porządku. Więc kogo?
- Nikogo.
- To nie, nie mów.- mruknęła, obracając się do niej bokiem.
- Harrego. - mruknęła.
Zmarszczyła brwi.
- Czemu boisz się Harrego?
- Bo tak.
- Przestań tak do mnie mówić! Powiedz do cholery, ze nie chcesz ze mną rozmawia i nie wkurwiaj mnie tak!- krzyknęła.
- A co mam ci powiedzieć? - prychnęła. - Poprosiłam go, żeby zabrał mnie do Hyde Parku, ale to skończy się źle...
- Niby czemu ma się skończyć źle?
- Skończy się śmiercią.... - powiedziała przerażająco nisko. Brunetkę przeszedł dreszcze przerażenia.
- Czyją?- zapytała cicho.
Przełknęła głośno ślinę.
- ... Moją... - szepnęła ledwo słyszalnie.
Brunetka wytrzeszczyła oczy.
- Chyba mi nie powiesz, że Harry...
- Nie. Nie wiem. On... Ona.... Żadna różnica...
- Ona?- uniosła brew.- ... ... ... Zbiję ją.- wstała z łóżka.
-... Nie... To... bezsensu... Wystarczy,że.... nie pójdę tam z nim... problem z głowy.
Brunetka uśmiechnęła się upiornie.
- Zabiję ją. Tak po prostu. Uznają mnie za nie poczytalną i już.
W momencie kiedy brunetka stanęła przy drzwiach, blondynka się poderwała i chciała ją zatrzymać. Wtedy wyrwała igłę z ręki, a krew zaczęła szybko wypływać. Przyłożyła rękę, żeby zatamować choć trochę krwawienie, ale po chwili straciła przytomność. Wszytko przez ten zapach. Bała się krwi. Mdlała na jej widok, zapach.

Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła, że leży na kozetce w gabinecie lekarskim. Za biurkiem siedziała krępa, rudowłosa kobieta kobieta. Na oko około 50- tki. Na jej  bulwiastym nosie spoczywały okulary, które co chwilę poprawiała. Wypełniała jakieś papiery.
Zaczęła się podnosić. Rozejrzała się dookoła.
- Gdzie jestem?
- O, obudziłaś się już.- mruknęła kobieta.- Jestem doktor Black. Straciłaś trochę krwi, ale to nic poważnego... Już dawno nie zaobserwowałam przypadku, żeby jedna pacjentka pomagała drugiej...
- Gdzie Lola? - zapytała i wstała.
- Usiądź.- mruknęła kobieta.- Muszę sprawdzi ci ciśnienie. Pacjentka Evans została odesłana do swojego pokoju wraz z pielęgniarką.
- Dobrze się czuję. - mruknęła.- Muszę się zobaczyć z Lolą.
- Siedź spokojnie, albo zawołam ochronę.- warknęła, podchodzą do niej z ciśnieniomierzem.
- Chcę zobaczyć się z Lolą! - krzyknęła przeraźliwie głośno.
Kobieta otworzyła drzwi na korytarz, a do środka weszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich posadził brunetkę na kozetce, a drugi ściągnął jej bluzkę.
Pisnęła. Zaczęła się szarpać. Udało im się ją unieruchomić, a wtedy pani doktor założyła jej przyrząd do pomiaru ciśnienia.
- Już.- mruknęła, gdy skończyła. Wtedy ochrona puściłą blondynkę.
- Nienawidzę was. - wycedziła przez zęby i szybko wyszła z gabinetu. W biegu ubierała bluzkę. Tuż przed 1804 wzięła kilka głębszych wdechów. Zapukała i weszła. Akurat był Louis. Uśmiechnęła się.
- To ja przyjdę potem. - powiedziała przyjaźnie i wyszła. Poszła do swojego pokoju.
- Stój!- usłyszała wołanie. Odwróciła się i zobaczyła tylko burzę czarnych, długich włosów. Lola przytuliła ją mocno. Odwzajemniła uścisk. Stały na korytarzu i przytulały się. Tak jak przyjaciółki od wielu lat...
- Martwiłam się! Lało się tyle krwi... Ostatni raz widziałam taki potok, jak odcięłam sobie...- zamilkła.- Nie ważne. Dobrze się już czujesz?- odsunęła się.
- Tak. Idź do Louisa. Ja idę się przespać. -uśmiechnęła się niemrawo.
- Poczeka. Burak. Znowu chce, żebym jadła...- skrzywiła się.- Odprowadzę cię.
Cicho się zaśmiała.
- Poradzę sobie. Wracaj do buraka.
Zmarszczyła brwi.
- Robisz to naumyślnie, chcesz, żebym cierpiała, no nie?
- Nie rozumiem.
Przewróciła oczami.
- To miał by żart. Wybacz, wyszłam z wprawy. Tu nie ma, z kim żartować.
- Przyjdź wieczorem. - puściła jej oczko i poszła do siebie.
Brunetka przewróciła oczami i wróciła do pokoju.
- I co z nią? - zapytał chłopak.
- Chyba jest dobrze... Co muszę zrobić, żeby zamordować kogoś, ale żeby stwierdzili, że jestem nie poczytalna?- zapytała nagle.
- Co? - zapytał zdziwiony. - Czemu?
- Tak jakoś. Czysto... No dobra, nie do końca teoretycznie.
Zmarszczył brwi.
- Co chcesz zrobić?
- Nic.- wzruszyła ramionami.
- Jasne. Kogo chcesz zamordować i za co?
- Megan. Za całokształt.
- Co ci tym razem zrobiła? - zmarszczył brwi.
- Oddycha.- burknęła, siadając na łóżku.
- Hah. - zaśmiał się cicho i usiadł obok niej. - Uderzyła cię?
- Jasne, że nie.- prychnęła.- Oddałabym jej...
- Więc o co chodzi? - spytał zdziwiony.
- A nie możesz pomóc bez zadawania pytań?- zapytała zrezygnowana.
- Jak usłyszę powód...
Przewróciła oczami.
- Groziła.
- Tobie?
- Nie... A gdyby mi, to co?
- To komu?- zdziwił się.
- Komuś, no nie ważne. Groziła, i teraz ta osoba się boi, a była bardzo bliska beztroskiego i szczęśliwego życia. Tak czy inaczej, zamierzam się pozbyć wywłoki...
- Nie pozwolę ci. Pogadam z Harrym..
- Nie!- zawołała, łapią go za dłoń.
- Dlaczego? - zmarszczył brwi. - Pomógłby.
- Eeee... W tej sytuacji, raczej nie...
- Chodzi o Olivie, prawda?  - uniósł brwi.
- Z czym masz problem, kiedy mówię "nie zadawaj pytań"?- burknęła, opierają się plecami o ścianę.
- Wiedziałem. -  mruknął. - To co robimy?
- Noo... Ja nadal jestem za wsadzeniem jej kija w dupę.
- Hah. Może coś innego?
- Hmmm... Jak nie kij, to może strzykawka?
- N... Chociaż... - przez chwilę się zastanawiał. - Nie najgorszy pomysł...
Uśmiechnęła się.
- Nawet tobie to pasuje.
- Najwyraźniej. - zaśmiał się.
- Tak czy inaczej, mam zamiar ją dzisiaj jakoś sprowokować...
- Chyba wystarczy, że jestem tutaj. - zaśmiał się cicho.
Uniosła brew.
- W jakim sensie?
- No, żeby Megan się wkurzyła.
- Czemu miałoby ją to denerwować?
- Nie wiem, ale denerwuje.
- Głupie.- mruknęła, odchylając głowę do tyłu. Przymknęła powieki i odetchnęła cicho.
- Wiem. - westchnął.
- Dlaczego tu trafiłeś?- zapytała cicho.- Tak na prawdę.
- Może kiedyś ci powiem. - puścił jej oczko. - Ale nie teraz.
- Czemu?
- Bo tak będzie lepiej. Powiem ci. W najbliższym czasie. Zgoda?
- Nie?- odpowiedziała pytaniem na pytanie i odwróciła twarz
- Dlaczego?
- Idź sobie.
- Zobaczymy się potem? - zapytał jakby z nadzieją.
- Niby po co? I tak ci to wisi...
- Gdybym miał to w nosie, to bym się o to nie pytał. - uśmiechnął się lekko. - To jak?
- Gdybyś nie miał tego w nosie, wiedziałabym o tobie cokolwiek.
- Mówiłem już. Miałem załamanie nerwowe. - puścił jej oczko. - A powód ci zdradzę przy kolacji.
- Żeby tu trafić, wszyscy musieli przejść jakieś załamanie.- burknęła.
- Opowiem ci wszystko przy kolacji. - uśmiechnął się miło. - Do zobaczenia kruszynko.
- Nie mów tak.- skrzywiła się.- Jeśli już musisz mówić do mnie jakimś zdrobnieniem, mów Lol.
- Dobrze. - szepnął i wyszedł zamykając za sobą drzwi.